Press "Enter" to skip to content

“Suspiria” – wytańczony sen Guadagnino

annarajczak 1

Czytałam opinie, jakoby „Suspiria” nie była filmem dla głupich ludzi.
Zapoznałam się z recenzjami, wedle których negatywne oceny wynikają z braku dojrzałości i niezdolności do podjęcia wewnętrznego dialogu z dziełem.
Spotkałam się nawet z teorią, że wyjątkowość i intymny charakter obrazu sprawiają, iż seans zdaje się trwać ledwie chwilę.
Wszystko co dobre zostało już powiedziane, zatem wypada dodać trochę dziegciu do tej beczki miodu.

Dopełnijmy formalności i nakreślmy fabułę.

Rok 1977. Młoda Amerykanka Susie Bannion, wiedziona marzeniem o karierze baletnicy, przybywa do zachodniego Berlina, aby rozpocząć naukę w szkole tańca, w której instruktorką jest Madame Blanc. Przyjazd dziewczyny zbiega się w czasie z zaginięciem jednej z byłych uczennic, Patricii. Sprawę tajemniczego zniknięcia bada sędziwy psycholog – bohater zajmujący poczesne miejsce w niezwykłym feministycznym panteonie.
Susie bardzo szybko przekonuje się, że nauka w akademii nie ograniczy się do wyczerpujących treningów. Mury placówki skrywają bowiem wiele mrocznych tajemnic.

I git. Mamy wstęp.
Biegnijmy dalej.

W jednym z wywiadów Guadagnino pocisnął straszną sztampą. Stwierdził, że nie ma zamiaru kręcić remake’u oryginału, ale stworzyć dzieło będące manifestem odczuć i pragnień towarzyszących mu podczas oglądania filmu Argento. Postawa wybitnie asekurancka – częstokroć przyjmowana przez twórców, których ambicje kończą się na wypchaniu pularesu tłustymi szeklami.
Na szczęście włoski reżyser nie splamił filmografii chodliwym horrorem dla mas, tylko godnie zreinterpretował klasyk, rozwijając niektóre wątki i karmiąc zmysły oniryczno-taneczną odyseją przez niegościnne progi brudnego Berlina.

Godnie, czyli dobrze?

Czy jest sens porównywać oryginalną „Suspirię” do dzieła Guadagnino? Wszak warstwy intelektualna i wizualna są tak mało argentowskie, że trudno znaleźć wiarygodne punkty zaczepienia spajające obydwa dzieła.
Audiowizualne efekciarstwo i neonową kakofonię – znak rozpoznawczy Argento – zastąpiono szarym minimalizmem korespondującym z depresyjną aurą miasta. Zamiast krwistoczerwonych korytarzy widzimy salę prób z obszernymi lustrami. Taniec – praktycznie nieobecny w oryginale – staje się narzędziem duchowej transformacji bohaterów i środkiem do wyrażania cielesnych żądz.
Nawet muzyka się nie zgadza! Wiem, że to mało interesująca kwestia, ale progresywny rock w wykonaniu „Goblinów” jest tak magiczny i wysmakowany, że nie jestem w stanie pojąć, jak reżyser mógł porzucić oryginalny soundtrack na rzecz bezpłciowych ambientowych loopów.

Dobra, muzyka nie zachwyca, ale realizatorzy nie zrezygnowali z oldschoolowego sznytu (na szczęście!) i oddali należny hołd dla kina giallo. Rozgorączkowana praca kamery i pospieszne zbliżenia przywodzą na myśl slasherowe produkcje z lat 70. i każą sądzić, że twórcy do perfekcji opanowali meandry wizualnej narracji.

Ziarenko gorczycy – tak dla równowagi

Część widzów twierdzi, że najmocniejsze sceny zaczynają się pod koniec filmu – po niemal dwugodzinnych preludium. Nic bardziej mylnego! Sądzę, że prawdziwa groza kryje się w perceptywnym dyskomforcie, potęgowanym minimalizmem świata przedstawionego, odczuwalnym już od pierwszych minut filmu. Chaotyczny montaż, który z początku wydaje się niewinnym środkiem stylistycznym, buduje atmosferę mistycyzmu i pozwala bezpiecznie wpłynąć na głębokie wody szaleństwa i narastającej psychodeli. Kilkusekundowe sekwencje, z rozmazaną na ścianie krwią czy sylwetką w całunie, mają w sobie więcej grozy niż wydarzenia z ostatnich 30 minut filmu. I nie, nie chodzi wyłącznie o makabryczność wizji – sfera wizualna jest tak dopracowana, że niepokój miesza się z zachwytem, a widz pogrąża się w somnambulicznym tańcu własnej wyobraźni.

Przebitki połączone z baletowymi pląsami, symbolizującymi magiczny rytuał, dają arcyciekawe pole do interpretacji i pozwalają wniknąć w umysł głównej bohaterki…
Ale w pewnym momencie wszystko się sypie.

David Kajganich jest zręcznym scenarzystą, ale nie na tyle zręcznym, aby dofastrygować rozpoczęte wątki. Pomimo że Guadagnino kupuje zainteresowanie odbiorcy umiejętną ekspozycją miasta i tła historycznego, nie ‘podźwiga już miecza, co dał młode czyny’ i nie jest w tanie ukryć oczywistego rozwiązania intrygi. Historia doktora Klemperera w żaden sposób nie ratuje skryptu, a wręcz niepotrzebnie zaśmieca historię nieistotnymi detalami.

Nie wiem, czy to wina scenariusza, czy też fantazja reżysera, ale w moim mniemaniu całkowicie zbytecznym zabiegiem jest dokładna eksploracja Berlina i mocne uwypuklenie wątku historycznego. Chociaż przyznać trzeba, że osadzenie akcji w Berlinie Zachodnim to bardzo trafiony koncept – przedzielone murem miasto stanowi swoisty symbol upadku człowieczeństwa, a górujące nad nim szaro-bure wieżowce wywołują uczucie smutku i przygnębienia.
Aby jeszcze mocniej wyeksponować poczucie beznadziei i nieszczęścia, twórcy serwują nam informacje o działaniu Frakcji Czerwonej Armii i raporty na temat ataków terrorystycznych organizowanych przez Baader-Meinhof. Cóż, może jestem ignorantką (na pewno!), ale nie przekonuje mnie wątek zimnowojennego Berlina – za dużo, za poważnie, za bardzo na siłę. Niemniej sposób powiązania miejsca akcji, wzornictwa, modernistycznego tańca i psychoanalizy, zasługują na największą pochwałę.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o wątku feministycznym, ale nie chcę wydłużać tych wypocin. Co za dużo to niezdrowo. Zresztą wątek Trzech Matek to materiał na osobny felietonik.

Na koniec muszę podzielić się z wami jeszcze jedną obserwacją. W trakcie seansu naszła mnie refleksja, że „Suspirię” można interpretować w odniesieniu do „Mistrza i Małgorzaty”. Susie to taki bułhakowski Woland. Bohaterka przyjeżdża do Niemiec, aby poskromić zło. Nie staje po niczyjej stronie. Zdaje sobie sprawę, że niektóre rzeczy pozostają niezmienne i nie kwestionuje zasadności istnienia dwóch zwalczających się sił. Podobnie jak Woland wie, że każdy czyn niesie za sobą konsekwencje.

Przeanalizujcie sami, a zobaczycie więcej podobieństw – chociażby w historii starego doktora.
A jeżeli nie czytaliście Bułhakowa, to w te pędy nadrabiać zaległości!

Anna Rajczak

 
  1. Arkadiusz Arkadiusz

    Celne uwagi. Bardzo ciekawa recenzja zarowno pod katem merytorycznym, jak i językowym. Chętnie poczytałbym o trzech Matkach, wiec jeżeli będziesz mieć wenę, pogrzeb trochę w temacie 🙂

     

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *