Press "Enter" to skip to content

Wataha (2011) – pierwszy polski film o zombie

annarajczak 0

Polski zombie movie!

Zacznijmy od pozytywów.

Świetne zdjęcia. Przemyślana ścieżka dźwiękowa. Przepyszny szarobury krajobraz przełamany posoką. Swojskość, która sprawia, że serce roście! Wreszcie mamy swój skromny wkład w nurt zombie movies. Nic, tylko się cieszyć.
Ta.
Jasne.

Nie, stop. Zanim wyleję wiadro pomyj, wspomnę jeszcze o obsadzie. Znakiem szczególnym kina niezależnego jest angażowanie naturszczyków, których umiejętności – delikatnie rzecz ujmując – nie powalają na kolana. Kiełczykowski podjął jednak trud profesjonalizacji produkcji i zwerbował artystów zaprawionych w bojach m.in. Jacka Dewódzkiego* (drugiego wokalistę Dżemu wcielającego się w rolę głównego bohatera), Piotra Wrzoska (utalentowanego aktora i reżysera znanego z roli w „Wyklętym”) czy kabareciarza Piotra Mocarskiego. Niestety, pozostali bohaterowie odstają warsztatowo od wymienionej trójki, co jest widoczne na pierwszy rzut oka. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. To akurat najmniejsza wada tej produkcji.

Sam pomysł na fabułę głupi nie jest. Wprawdzie motyw grupki ludzi, (w tym przypadku żołnierzy z oddziału specjalnego) szukających bezpiecznego schronienia w świecie owładniętym przez zombie, nie jest niczym odkrywczym, no ale od kiedy gore musi być nowatorskie? A no właśnie – gore…

W zasadzie mamy ze dwie-trzy sceny rozwalania łbów i dobijania truposza. Żadnych zbliżeń na gnijące zwłoki, żadnych makabrycznych ujęć. Statyści wyglądają, jakby ktoś wysmarował im gęby malinową konfiturą. Ani to straszne, ani celowo kiczowate. Kurwa, brak funduszy nie jest żadnym usprawiedliwieniem! Skoro już decydujecie się tworzyć niskobudżetowy film, dostosujcie scenariusz do zasobności portfela. Idźcie w czarny humor, który zrekompensuje wizualne braki produkcji.
Dobre dialogi i ogarnięta fabuła to podstawa. Niestety, Kiełczykowski porwał się z motyką na słońce. Jako reżyser jest naprawdę spoko – widać, że ma do tego rękę – ale na scenarzystę kompletnie się nie nadaje.

„Wataha” nie ma fabuły. Dialogi aktorów są drętwe i inspirowane Vegą. Scena przesłuchania jest tak spierdolona, że nawet nie będę jej omawiać. I ten kompletny brak pointy, elementu zaskoczenia, efektownego rozwiązania akcji. Dziwne szepty bohaterów, niezrozumiałe rozmowy, brak ciągu przyczynowo-skutkowego. Chciałabym napisać coś więcej, ale historia kompletnie się nie klei, a tworzenie jej na nowo nie ma większego sensu.
Myślę, że zaangażowanie dobrego fabularzysty uratowałoby tę produkcję. A mogło być tak pięknie…

* tylko Rysiek!

 

Anna Rajczak

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *